niedziela, 24 stycznia 2016

„Party Challenge by Desperados" 23.01.16 Warszawa

          W sobotę 23 stycznia 2016 roku miałam okazję uczestniczyć w wydarzeniu „Party Challenge by Desperados”, czyli Pierwsze Mistrzostwa Polski Twórców Imprez, które  odbyło się w Reducie Banku Polskiego w Warszawie

       O co chodzi? Krótko mówiąc, Party Challenge to kampania reklamowa Desperadosa. I tutaj motyw imprezowania jak najbardziej pasuje, ponieważ większości z nas alkohol kojarzy się właśnie z tym rozrywkowym spędzaniem czasu wolnego.

„Jak przebiegają mistrzostwa? 
4 miasta, 8 imprezowych reprezentacji – najbardziej kreatywnych twórców imprez. W każdym mieście, dwa konkurencyjne zespoły zmierzą się w niepowtarzalnym imprezowym pojedynku. Spotykając się na neutralnym dla siebie terenie, zorganizują dwie różne imprezy. O wyniku starcia zdecydują imprezowicze.”

Takie krótkie spoty pojawiały się w telewizji i Internecie już od początku grudnia:

grudniowy

styczniowy

          Trochę Wam chce opowiedzieć o tym, jak impreza wyglądała w środku. Po 22 dotarłam na miejsce ze swoja osobą towarzyszącą, którą była Ania. Oczywiście jak na każdej zamkniętej imprezie masowej zostały nam sprawdzone dowody osobiste, torebki oraz zaproszenia, które ja dostałam od pewnej Pani (większość zainteresowanych osób wygrała je za pomocą konkursów na Facebooku lub Instagramie). Dostałyśmy także czerwone bransoletki, które symbolizowały nasze uczestnictwo. Podobało mi się to, że nie były one z papieru tylko z materiału trwałego, wodoodpornego oraz łatwo ściągającego się – teraz mam ją nawet u siebie jako pamiątkę. A i jeszcze co ciekawe – ledwo co weszłam do budynku, to dostałam smsa z informacją i linkiem dotyczącym późniejszego głosowania. Wszędzie było dużo osób z ochrony, obsługi, młodych ludzi, którzy zajmowali się robieniem zdjęć i ogólnymi gadkami. Po wejściu na główną sale od razu zostałyśmy złapane właśnie przez dwóch miłych chłopaków, którzy zrobili nam fotkę polaroidem – co moim zdaniem było ciekawszym rozwiązaniem, niż takie typowe foteczki lustrzanką, które widzimy dopiero po kilku dniach. Ich pracę mogę ocenić w skali od 1-10 na 10. Rozmowa całkiem na luzie, zero nachalności i naprawdę duża wiedza na temat przebiegu imprezy oraz tego, co oferują nam dane pomieszczenia w budynku.


          Organizatorzy zadbali o każde miejsce typu palarnia, pokój chilloutu itd. tak, żeby podczas imprezy ludzie nie wychodzili na zewnątrz. Po krótkiej rozmowie kupiłyśmy sobie po czerwonym Desperadosie. Jeśli chodzi o barmanów, to chyba też oni mieli przyciągać kobiety do zakupu piwa, a nie samo „pragnienie” – if you know what I mean. Czasami zdarza się tak, że w klubie musimy zapłacić za piwo od 12-15zł - co jest, jak dla mnie lekkim zdzierstwem, ale wczoraj za moje piwka płaciłam 8-mkę, więc nie najgorzej. Po tym poszłyśmy na górę w celu pozwiedzania miejscówki. Najdłuższą drogę trzeba było pokonać, żeby dotrzeć do pokoju Chilloutu. Tam znajdowały się pufy do siedzenia oraz stoliki, a w tle grała muzyka, która nie przeszkadzała w czasie rozmowy. Następnie pomieszczenie z ładowarkami i fajną atrakcją jaką było zrobienie sobie GIFu na ściance Desperadosa. Wszystko szło bardzo sprawnie, a w razie czego były tam osoby, które pomagały przy obsłudze lub polecały jaką drogę dostarczenia wybrać.
         

        O godzinie 23 nadszedł czas na główną atrakcję wydarzenia, czyli pojedynek pomiędzy 1500m2 Flirtini. Ja już przed samym wejściem byłam za drugą ekipą, ponieważ kiedyś ich słuchałam i uwielbiam nutę Flirtini - By Your Side



       Każda z ekip w danej rundzie miała określony czas na swój występ. Pamiętam, że w pierwszej rundzie chłopaki mieli po pół godziny, a z kolejnymi ten czas się skracał. Duet Flirtini jako atrakcje do swoich występów mieli tancerki dancehallowe, które były niesamowite. Wiem, że jedna z nich to Ula Afro Fryc znana z programu „Mam talent”. 
Co do chłopaków z 1500m2 ich muzyka nie trafiła ani do mnie, ani do Ani. Jednak wolę słyszeć znane, ale zremixowane utwory (tak jak to było w przypadku Fliritini) niż coś nieznanego. Na takich imprezach każdy lubi usłyszeć coś, co już wcześniej słyszał i lubi oraz przy tym mieć okazje do pośpiewania. Druga rzecz, której nie zrozumiałam przy ich występie to oprawa sceniczna, czyli świecące panie (coś na styl kosmitek). Ładnie, że się świeciły w ciemności, ale ten powolny taniec i dziwne kostiumy nie trafiły do mnie. Na scenie także pojawiali się ambasadorzy imprezy, czyli Wujaszek Liestyle oraz Zosia Zborowska, którzy prowadzili relacje na swoich Snapchatach. 

       Nie mogłam nie zwrócić uwagi na to co pojawiało się na głównym ekranie  – zdjęcia Facebookowe uczestników wydarzenia. Naprawdę byłam zdziwiona, ale też zadowolona i szczęśliwa, gdy zobaczyłam swoje zdjęcie i imię na ekranie. Śmiałam się, że „fejm się zgadza”. Podoba mi się to, że organizatorzy pomyśleli nawet o takich małych rzeczach, które uczestnikowi dają dużą radochę oraz poczucie, że nie jest tak do końca tą anonimową osobą na takim wydarzeniu.



       Około 2 pojedynek zakończył się wygraną Fliritini – wielkie brawa dla nich, bo zrobili mega dobrą robotę. Pomyślcie sobie, że na ich występ czekało się spoglądając co jakiś czas na główny zegar. Dziewczyny, które bawiły się koło mnie i Ani też mówiły, że cały czas czekają na rudny Flirtini.
Po zakończeniu głównej części na scenie została ekipa, która wygrała i ludzie mogli się dalej bawić. 


Super relacje z tej imprezy dodała Ciocia Liestyle – tak, pojawiam się tam w niektórych ujęciach ! Podoba mi się montaż , efekty, muzyka – jak dla mnie pierwsza klasa, polecam!


      Pamiętajcie, że następne imprezy Party Challenge by Desperados odbędą się  w:  Gdańsku, Poznaniu i Krakowie. Jeżeli jesteście z tych miast i w danym dniu macie wolne, to postarajcie się o wejściówkę i idzie się dobrze zabawić, bo naprawdę warto. Wszystkie ważniejsze informacje znajdziecie na fanpagu Desperadosa. 

Party Challenge by Desperados - wydarzenie

środa, 30 lipca 2014

może morze?

17.07 Scarborough nad Morzem Północnym


Pierwszy raz byłam nad morzem i to nie było polskie morze:D Scarborough to na prawdę ciekawa miejscówka na wycieczkę. Nam się udało, ponieważ tego dnia było bardzooo ciepło.... hmm..a ponoć w Anglii jest zimno i ciągle pada (??!). Spędziłam tam 4h, ale za to mega aktywnie i z dużą ilością kopytkowania. Oczywiście na pierwszy ogień poszła plaża i morze. Woda na początku była zimna, ale jak już się w niej postało chwilę to było okej. Najfajniejszym uczuciem były przypływające fale. Niestety tego dnia nie miałam okazji 'popluskać się' w wodzie, bo nie miałam stroju kąpielowego - minusy spontanicznych wycieczek.





Potem przyszedł czas na zwiedzanie miasta. Nie zrobiło na mnie wielkiego wrażenia miasto jak miasto - masa ludzi, dużo przydrożnych barów z fast foodami, kasyn z zabawkami, uliczka goni uliczkę, ale da się ogarnąć;) 
Apropo kasyn - strzeżcie się ich lub wchodźcie do nich z małą ilością kasy, bo taka zabawa na prawdę wciąga i raczej nie ma się z niej dużych korzyści;p




Naszym planem było zobaczenie ruin zamku. Szliśmy tam dość długo i do tego pod górkę, ale przed wejściową bramą stwierdziliśmy, że to raczej nic ciekawego i wróciliśmy na plaże odpocząć - czasami brak konkretnego planu to błąd hahaha;p Chociaż po drodze było na co popatrzeć. Widoki z góry na plaże i miasto robią wrażenie...






W drodze na plaże zaliczyliśmy jeszcze przejażdżkę motorówką. Spontaniczne decyzje są najlepsze;D
Bilet kosztuje tylko 4funty! Start jest wolny, nic specjalnego, a potem w ciągu kilku sekund motorówka się mega rozpędza - co prędkość!;o Niby nic takiego a daje tyle radości:)




I w końcu plażaaaaa.. :) Około godziny 18 ludzie kończą swoje leżakowanie i wracają do domów, więc i my tak zrobiliśmy. Nie mamy za blisko do Scarborough, bo jedziemy tam ok.2h, ale myślę, że jeszcze tam wrócimy:) 


PS. W Polsce boje się gołębi, a tam bałam się mew! Serio one są dziwne.. Strzeżcie się ich hahaha;p



niedziela, 13 lipca 2014

"Nadzieja matką głupich,...

ale każda matka kocha swoje dzieci!" - tak bardzo pasuje do mojej sytuacji i tego co się działo w tym tygodniu;)

Niby nic takiego, ale udało mi się wrócić do pracy gdzie byłam rok temu. Ktoś może pomyśleć 'co w tym takiego praca jak każda inna' jednak dla mnie nie. Jeżeli mam do wyboru:
1. miejsce które znam, wiem jak funkcjonuje i mogę tam spotkać swoich znajomych
2. podobne miejsce, jednak z różnymi niewiadomymi
wiadomo, że wybór jest oczywisty biorę 1;)
Nie było to jednak takie proste. Musiałam trochę pokombinować i pościemniać oraz jak ja to mówię - użyć swojego uroku osobistego hahaha ;D Miałam farta i to wielkiego! Wszystko bardzo szybko się rozegrało, ponieważ we wtorek byłam na spotkaniu w sprawie pracy, a już w środę w niej byłam. Przez 3dni byłam jako Jagoda Incognito, ale na szczęście już wczoraj byłam ja jako ja. Dobrze, że wyszło tak jak chciałam i obeszło się bez jakiś niemiłych akcji.

Najbardziej dziwi mnie to, że ludzie mnie nie poznają. Serio przez rok, aż tak się zmieniłam? 
Ostatnio zmieniłam fryzurę, ale jak dla mnie to niewielka zmiana. Niektórych spotkań nie mogłam się doczekać! Cieszą mnie pozytywne reakcje moich znajomych i to jest chyba najfajniejsze w tej całej sytuacji.;)
Wczoraj dostałam ciekawy 'komplement' od kolegi 'Postarzałaś się przez ten rok' - zabawne, ale hmm może coś w tym jest;)



Praca za granicą to ciekawe doświadczenie. Nie chodzi mi o samą pracę, ale o radzeniu sobie w różnych sytuacjach. Banki, agencje i tego typu instytucje już wywierają lekką presje na obcokrajowcu. Niby większość osób w moim wieku umie poprowadzić konwersacje po angielsku, ale nerwy i stres jednak robią swoje. W domu można mieć zajebistą koncepcje tego co chce się powiedzieć, ale jak już trzeba to z siebie wydusić to nie zawsze jest dobrze. Ja w banku tak się pogubiłam, że po wyjściu z niego sama nie ogarniałam co tam mówiłam hahaha. Nie wstydziłam się tego, że coś źle powiedziałam, bo ludzie tu czasami rozmawiają prawie że na migi lub 'Kali jeść, Kali pić', ale zła byłam, że nie zrobiłam tego jak chciałam. W takich sytuacjach zawsze wspominam jak wyglądały moje lekcje języka angielskiego w gimnazjum i szkole średniej. Jak dla mnie książki, ćwiczenia gówno dają -.- Ludzie mało się z tego uczą, a nawet jak się czegoś nauczą to nie potrafią lub boją się z tego korzystać. Jednak za mało jest ćwiczeń praktycznych. Nawet zwykłe konwersacje na byle jakie tematy dają dużo. To, że raz na tydzień nauczyciel zada pytanie po angielsku, a uczeń mu odpowie nie wnosi wiele. Praktyka ponad wszystko! Dużo osób ma tak, że chce coś powiedzieć i nagle w głowie pojawia się myśl 'Czy to na pewno jest poprawnie?'  i to jest chyba najgorsze uczucie, które tutaj często mi towarzyszy. Najlepiej gada się po angielsku po alkoholu hahahaha, wtedy rozmowy toczą się bez przeszkód^^

Dzisiaj mam łóżking day! Musiałam odpocząć po tych 4 dniach kopytkowania po hali. Dziennie stoję w jednym miejscu kilka godzin lub pokonuje pierdyliard kilometrów - więc mam prawo do konkretnego odpoczynku w czasie offa :D



And the story goes on...


piątek, 4 lipca 2014

Hey, Hi, Hello


Jak już większość osób wie od środy mieszkam w Anglii a dokładnie w Shirebrooku. Już dawno myślałam o tym, żeby założyć bloga, ale jakoś nigdy nie mogłam się za to zabrać aż do dzisiaj. Co się tutaj będzie pojawiało? Wszystko i nic - moje przekminy na temat różnych rzeczy, wydarzeń, spotkań, życie w UK, coś o muzyce, modzie, tańcu, czyli to czym się interesuje i co mi się podoba czy też nie. Nie liczcie na to, że blog będzie prowadzony jakoś mega ambitnie - to będą tylko moje luźne przemyślenia i najprawdopodobniej pisane na szybko, więc nie ma co wymagać.W ciągu kilku miesięcy zostałam zainspirowana do tego przez kilka osób za co bardzo dziękuje <3


Wracając do pierwszej myśli - jestem w UK i jest śmiesznie. Pierwsza dobra akcja pojawiła się już na lotnisku - własna siostra i szwagier nie poznali mnie!! Ostatnio widziałam ich na początku roku i jak dla nich 'wylaszczyłam się' - dobry komplement jak na początek haha :D chociaż jak dla mnie wyglądam tak jak wcześniej, ale okej;)
W zeszłym roku siedziałam tu 4 miesiące i myślałam, że będę pamiętała o wszystkim do czego się przyzwyczaiłam żyjąc tutaj... jednak myliłam się. 

O czym zapomniałam:

- po tym jak sis i szwagier odebrali mnie z lotniska od razu pojechaliśmy do domu, jako że było już grubo po północy. Przez połowę drogi jechało się spoko dopóki nie musieliśmy zawrócić na drodze. Wtedy zorientowałam się, że jedziemy wolno po lewej stronie(!) i dosłownie się przestraszyłam, bo od razu w głowie pojawiła mi się  myśl 'co on robi zaraz może nam ktoś wyjechać z naprzeciwka' i nagle dzień dobry!! to już Anglia. Też za każdym razem jak mam gdzieś jechać samochodem to chce siadać za kierownice, bo znajduje się po prawej stronie - gdzie u nas jest po lewej. Każdy mój kierowca miał powód do śmiechu;p 
- przechodź kiedy chcesz - tutaj na własną odpowiedzialność na pasach można przechodzić na czerwonym świetlne. Wczoraj na tym zmarnowałam kilka minut. Gdyby nie jedna babeczka to pewnie na każdych światłach czekałabym na zielone, bo olśnienie raczej samo by nie przyszło.
Tyle dobrego, że o reszcie raczej pamiętam;)


Co lubię w Anglii:

-miłych ludzi!! pracownicy w sklepach są mili, pomocni i nie jest to coś wymuszonego. Ich 'haja' przy kasie za każdym razem mnie bawi^^
- tanie jedzenie, ciuchy, kosmetyki - ludzie zawsze mówią, że w uk jest tanio, opłaca się tu wpaść na zakupy itd. jednak moim zdaniem tanie jest wszystko, jeśli ktoś pracuje tutaj i zarabia w funtach. Oczywiście nie warto przeliczać cen na polskie złote, bo czasami może to nas skołować. Wtedy trzeba pomyśleć o tym, ile się zarabia na godzinę i już jest lepiej - ja tak mam :D
- dobry hajs za prace - oczywiście nie można go porównać do zarobków przeciętnego Anglika jednak jest o niebo lepszy niż ten, który można zarobić w Polsce.
- spokój - od kiedy jestem tutaj na prawdę dobrze się czuje. Zero stresu czy nerwów. Od tych kilku dni jestem mega wychillowana mimo to, że jestem w obcym kraju, mam kilka spraw do załatwienia, mało kogo znam, a i tak to źle na mnie nie wpływa;)

Co mnie najbardziej ucieszyło? 

Jako, że jestem sentymentalną osobą musiałam się przejść pod hale gdzie pracowałam w zeszłe wakacje. Wybrałam godzinę gdzie moja siostra miała kończyć pracę. Nie spodziewałam się, że spotkam kogoś z mojej zmiany, a tu niespodzianka - widziałam kilku znajomych:)  Przywitałam się z kim mogłam, chwilkę porozmawiałam i dowiedziałam się ciekawych rzeczy. Dzięki temu mam nadzieje, że mój plan na prace wypali.. trzymajcie kciuki:)

Teraz czas na 'obiad' - pizza cheeseburgerowa omnomnom <3

PS. Niestety nie mam zdjęć z lotu, bo było za ciemno. Mogę powiedzieć jedyne, tyle że lot nocą jest czymś pięknym. Oświetlone miasta oglądane z takiej wysokości wyglądają niesamowicie *.* Jeśli macie okazję wybrać lot wieczorem to serdecznie polecam :)

See ya, Berry